Roboczy tytuł : “Jeszcze zobaczysz” ! – czas na nową powieść <3

Posted on Posted in Piszę
image_pdfimage_print

Nowa powieść “ułożyła się” w głowie. Nadszedł czas, aby ją napisać <3 Tylko jeszcze się zastanawiam, czy napisać ją w pierwszej, czy trzeciej osobie…hm…Roboczy tytuł “Jeszcze zobaczysz” <3 

Zaczyna się tak!!!

Dajcie znać, czy może być 😉

Buziaki przesyłam i ślę moooooc uścisków <3

             Odkąd pamiętam, zawsze czegoś pragnęłam. Zawsze o czymś marzyłam. Chciałam zrobić coś lepiej, dokładniej, mądrzej, bardziej. Rozwijałam się na wszelkich możliwych płaszczyznach. Grałam na pianinie, śpiewałam, ćwiczyłam karate, tańczyłam ( a raczej wyginałam się w jakiś niezidentyfikowany przez nikogo sposób), malowałam na szkle, haftowałam, hodowałam kwiaty doniczkowe i robiłam wiele innych nikomu do niczego niepotrzebnych rzeczy. 
Dookoła mnie było wielu ludzi, którzy odegrali kluczowe role w moim życiu. Pomagali mi przystosować się do funkcjonowania w społeczeństwie najlepiej jak tylko potrafili. Czerpałam pełnymi garściami z ich „nieograniczonych” pokładów posiadanej wiedzy, święcie wierząc, że rady przez owe osoby udzielane, są dla mnie jedynymi i słusznymi. Nie podejrzewałam, że jestem w błędzie. Bo niby skąd miałabym podejrzewać?
Moja mama zawsze mi powtarzała, że powinnam nauczyć się jakiegoś obcego języka. Zaprowadziła mnie na lekcje angielskiego, oraz niemieckiego. Nie wiem dlaczego, ale angielski od początku mi nie leżał. Jego płynność wcale mnie nie fascynowała. Owszem, lubiłam słuchać piosenek w tym języku, ale żeby się od razu się go uczyć? To nie było dla mnie. Kto wie, może gdyby nauczał go jakiś przystojny anglista, miałabym większą motywację. Lektorce Wandzie, daleko było do jakiegokolwiek piękna. Zgorzkniała, zmęczona życiem kobieta, nie przejmowała się wcale, iż z każdym tygodniem na jej lekcje przychodzi coraz to mniej osób. Wreszcie i ja zrezygnowałam. Mama nie miała pretensji i nieco obniżyła swoje oczekiwania względem mnie mówiąc, że wystarczy abym ten cały angielski posiadła chociaż w stopniu komunikatywnym. Dziś umiem poprosić o herbatę, kawę, na poczcie i w banku również sobie poradzę lecz kochać tego języka nie będę nigdy. 
Natomiast niemiecki…hm…

Z pierwszej lekcji pamiętam tylko tyle, że on był wysoki i pachniał mieszanką piżma oraz wanilii. Wtedy nie wiedziałam, że piżmo jest wydzieliną gruczołów okołoodbytniczych piżmowca, a ten cały piżmowiec to nic innego jak jeleń piżmowy bez rogów. Jego aromat wykorzystywano już w starożytności. Piżmo uważane było za gigantyczny afrodyzjak. Dodawano go do wapna potrzebnego do tynkowania ścian, aby jego zapach roznosił się po komnatach królewskich i świątyniach. Hindusi traktowali piżmo jako środek pobudzający i wywołujący pożądanie seksualne. Michał zdecydowanie wywoływał we mnie porządnie seksualne, i wszystkie inne pożądania o jakich istnieniu nie miałam pojęcia żadnego, nawet bladego.
Może dlatego nie potrafiłam się skupić na tych wszystkich der, die, das? Nie wiem…To nie było wcale istotne. Istotne było to, że miałam pewność spotykania się z nim co tydzień. Tak więc to niemiecki najpierw polubił mnie, a potem ja niemiecki.

Miałam wtedy czternaście lat. Michał miał lat dziewiętnaście. Pięcioletnia różnica wieku jest żadną różnicą, jeśli mamy przed sobą osiemnastolatkę i dwudziesto-trzylatka. Niestety wtedy, gdy uczył mnie języka, ta różnica była nie do przeskoczenia. Chodziłam przecież do podstawówki, a on był już studentem pierwszego roku germanistyki. Dorabiał jako nauczyciel. Radził sobie na tyle świetnie, że koniecznym było utworzenie drugiej grupy. Jakimś dziwnym trafem miał więcej uczennic, niż uczniów. Dlaczego? Mogę się tylko domyślać.

Za każdym razem gdy wchodziłam do sali, wdychałam ten zapach. Michał uśmiechał się mówiąc to swoje „dzień dobry”, które brzmiało dla mnie tak seksownie, jak gdyby mówił „rozbierz się, wezmę cię tu i teraz”. Siedziałam w pierwszej ławce rozmarzona gryząc z zachwytem swój pomarańczowy długopis i wyobrażając sobie, że mam w ustach zupełnie coś innego.(np jego język).
Marzyłam o pocałunku z nim. Chyba każda z nas o tym marzyła. Czternaście lat to ten wiek, kiedy się myśli o czymś, o czym myśleć nam zakazują.
Po każdej lekcji podchodziłam do Michała pod pretekstem wyjaśnienia czegokolwiek. Zawsze miałam jakieś niecierpiące zwłoki pytanie, które musiałam zadać przed opuszczeniem sali. Jak nie miałam o co pytać, to pytałam o to czy nie wie przypadkiem jaka jutro będzie pogoda. Śmiał się wtedy tak dźwięcznie, że nie rozumiałam nic z udzielanej przez niego odpowiedzi. Słuchałam jego śmiechu jak zahipnotyzowana. Grał mi potem w uszach przez całe popołudnie, cały wieczór, aż do kolejnej lekcji. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Chyba byłam zakochana, a może wtedy był to tylko nieokreślony pociąg seksualny? Nie wiem. Gdybym wtedy wiedziała, że przyjdzie mi się wyprzeć wszystkiego co czuję, stanęłabym na straży swoich uczuć chociażby naga. Starałabym się bronić tego, co się we mnie rozwijało. Nie pozwoliłabym na zniszczenie czegoś, co miało szansę pięknie zaistnieć dużo, dużo szybciej. Dzisiaj łatwo by było zrzucić winę na wszystkich udzielających mi wtedy „dobrych rad”, lecz tak naprawdę winę za wszystko na co w swoim życiu pozwoliłam, bądź czego zabroniłam, ponoszę ja i nikt inny.

 

Dziękuję, za czas poświęcony na czytanie <3 

Ania

848 total views, 2 views today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aby dodać komentarz rozwiąż zadanie * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

CommentLuv badge