Home MAGIA CODZIENNOŚCICICHE CUDA Syndrom pustego gniazda – czyli o tym, że życie nie cofa się i nie zatrzymuje na dniu wczorajszym.

Syndrom pustego gniazda – czyli o tym, że życie nie cofa się i nie zatrzymuje na dniu wczorajszym.

Przez Anna H. Niemczynow

Tak więc stało się. Mój syn jest dorosły. Kiedyś, kiedy opublikowałam jakieś nasze wspólne zdjęcie z Jego osiemnastych urodzin i napisałam, że mam dorosłego syna, któraś z Czytelniczek odparła w komentarzu, że pełnoletność nie oznacza jeszcze dorosłości. Wtedy nie zastanawiałam się nad głębią jej pojmowania tego słowa, ale dziś pozwolę sobie z tą teorią nie zgodzić. Otóż uważam, że mam dorosłego syna. Młodego człowieka wkraczającego w życie na własną rękę, uczącego się tego życia, jeszcze raczkującego w nim, ale czyż każdy z nas tak nie zaczynał?

Mój syn pojechał dziś do Bawarii gdzie uczęszcza do liceum, które za niespełna 1,5 roku skończy się maturą. Wstaliśmy wszyscy o piątej rano, aby móc jeszcze usiąść na kilka chwil przy stole i napić się razem herbaty.
A potem pojechał. Pojechał z tatą, który Go tam zawiezie,  z dywanami, które kilka dni temu odebraliśmy  z pralni, z kuchenką mikrofalową i z kilkoma słoikami bigosu.

A ja zostałam i…rozpłakałam się.

Zupełnie inaczej ta dorosłość wygląda z perspektywy młodego człowieka, a inaczej z perspektywy rodzica.

Pamiętam że moja dorosłość przyszła bardzo szybko. Tuż po ukończeniu szkoły podstawowej zdałam do liceum o profilu muzycznym oddalonym od domu na tyle daleko, że zmuszona byłam zamieszkać w internacie. Miałam zaledwie czternaście lat. Dziś, kiedy o tym myślę, kręcę głową z niedowierzaniem. Przecież ja byłam dzieckiem! A jednak życie, jakie przyszło mi żyć, wrzuciło mnie w początek dorosłości. Podkreślę tutaj, że nie byłam nawet pełnoletnia. Trzeba było o wszystkim pamiętać, wszędzie samemu zdążyć, o wiele rzeczy zadbać. Wówczas myślałam, że rozwijam skrzydła, że właśnie stoję u progu czegoś niesamowitego, że za chwilę skoczę i już nie będzie takiej siły, która mogłaby mnie powstrzymać.

I stało się tak.

Już nigdy nie wróciłam do domu. Po ukończeniu liceum i zdaniu matury poszłam na studia, jedne, drugie, trzecie. Zaczęłam pracę jedną, drugą, piątą, dziesiątą.

Byłam o wiele młodsza niż mój syn, kiedy wychodziłam z domu i moi rodzice nie dali mi tyle, ile my możemy dziś ofiarować naszemu synowi. Czasy były zupełnie inne. Pamiętam, że mój tata kupił mi koc. Taki wiecie, z prawdziwego zdarzenia, bardzo gruby. Nie wiem, czy teraz takie koce w ogóle są jeszcze w sprzedaży.  Nie uwierzycie, ale mam go do teraz. Przetrwał kilkanaście moich przeprowadzek w kraju i za granicę. To tak zwana ojcowizna,  która była całą moją wyprawką w dorosłe życie. Mama kupowała mi regularnie zupki chińskie, które gotowałam w plastikowym czajniczku wielokrotnie wysadzając przy tym korki.

Tak było.

Tęskniłam za domem, a jakże. Płakałam. Nie było telefonów komórkowych. Mama telefonowała do mnie niemal codziennie. Jak ja na te telefony wyczekiwałam. Stałam przy dyżurce w internacie i złościłam się, gdy ktoś inny gadał zbyt długo blokując linię. Czasami, kiedy udało mi się zaoszczędzić kilka groszy, kupowałam kartę telefoniczną, taką na 36 impulsów i dzwoniłam do mamy.

Miałam tylko czternaście lat. To była moja dorosłość.

Każdy zaczyna swoją dorosłość w innym momencie. Błogosławię fakt, że mogłam mieszkać z synem przez 18, 5 roku. Tak po prawdzie, to on nie wyfrunął z gniazda. To ja z niego wyfrunęłam. Stworzyłam je a potem wyfrunęłam. Może dlatego jest mi teraz tak ciężko?

Kilka lat temu przeprowadziliśmy się do Bawarii z zamiarem zostania tam właśnie do momentu, aż Remik zrobi maturę. Życie napisało własny scenariusz. Podjęliśmy decyzję o szybszym powrocie do Polski, do Mierzyna obok Szczecina. Myślałam, że Remik będzie chciał przenieść się do szkoły do Berlina, wszak to bardzo blisko od domu, lecz On się na to nie zgodził, wybierając kontynuowanie nauki w Bawarii. To była Jego pierwsza, samodzielna dorosła decyzja.  DOROSŁA! Nie mam zamiaru Mu umniejszać, mówiąc, że jest jedynie pełnoletni, a nie dorosły. Zaimponowały mi argumenty, których użył. Powiedział, że w Bawarii jest największa zdawalność matur i że uczniowie z taką właśnie maturą mają większe szanse, by dostać się na wymarzone studia. A mój syn wie, co chce w życiu robić. Marzy o projektowaniu samolotów  i statków kosmicznych. Dacie wiarę, że już będąc przedszkolakiem miał takie marzenia? To wielkie błogosławieństwo urodzić się z przekonaniem o tym, co pragniemy w życiu robić.

Popłakuję sobie. W sumie, to nawet nie wiem dlaczego, gdyż jestem tak cholernie dumna, że aż trudno złapać mi oddech.
A mimo to popłakuję. Nie wiem, kiedy te lata minęły. Jeszcze nie tak dawno na frytki mówił „itki” a na buty „bupi”.

Jestem bardzo zajętą osobą. Nigdy nie miałam kłopotów z tym, by znaleźć hobby. Zawsze żyłam pełną piersią i goniłam marzenia, i pewnie nadal będę żyła podobnie. Ale to życie będzie inne. Bo jakaś część mnie poszła już w stronę Świata. Ta część mnie jest taka piękna, dobra, niczym niezmącona, ufna, wierząca w ideały. Składam dłonie do modlitwy i szepczę cichutko „Panie, chroń. Panie, od złego uchowaj”.

Tymczasem moja córeczka, niespełna jedenastoletnia, aby mnie pocieszyć postanowił przyrządzić mi sushi. Dobre mam dzieci, cudowne, wspaniałe. Myślę sobie, że na tę dziewczynkę, która jeszcze jest przy mnie, będę patrzyła nieco inaczej. Bardziej świadomie pragnąc wykorzystać nasz wspólny czas, jaki został nam podarowany przez życie.

Syn przytulił mnie rano, pogłaskał po plecach i powiedział, żebym się nie martwiła, bo wszystko będzie dobrze. Ja wiem, że będzie dobrze i nie martwię się. Nie lubię słowa „martwić się” – ono pochodzi od słowa „martwy”. A moja miłość do tego młodzieńca jest żywa, płonąca, monstrualna. Powiedziałabym raczej, że popłakuję ze zwyczajnej troski.

Jak to mama, wiecie, troskam się o to, czy założy czapkę, czy zje śniadanie, czy zdąży na autobus. Chociaż wiem, że z pewnością niejeden w życiu Mu ucieknie. To jest właśnie dorosłość! Samodzielne stąpanie w przestrzeni życia.  Najpierw szalone, trochę niepokorne, ciut nieśmiałe, ale jakże cudownie piękne. Dorosłość niezależna jest od wieku. Można mieć pięćdziesiąt lat i być dzieciakiem.

Synek będzie mieszkał w mieszkanku do którego będę mogła pojechać. Już planuję spędzić tam końcówkę czerwca i cały lipiec. Moje życie na dwa domy się nie kończy. Będę pomieszkiwać w Bawarii, lecz nieco inaczej niż dotychczas. Będę u synka, będę tam gościem i to częstym. Przynajmniej do momentu, kiedy mój dorosły człowiek się zakocha 😉 Życzę Mu tego z całego serca i wierzę, że i ja pokocham tę kobietę.

Jak to pięknie ujął Khalil Gibran.

„Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi,
są synami i córkami powołanymi
do życia przez Życie,
przychodzą przez was, ale nie z was.
I choć są z wami, do was nie należą.

Możecie im przekazać waszą miłość,
ale nie wasz sposób myślenia.
Bo one mają swój własny.

Możecie przyjąć ich ciała,
ale nie ich dusze,
bo ich dusze zamieszkują dom jutra,
do którego wy nie możecie wejść nawet
w waszych snach.

Możecie starać się, by stać się jak one,
ale nie próbujcie czynić je takimi jak wy.

Bo życie nie cofa się i nie zatrzymuje
się na dniu wczorajszym. Jesteście łukami,
które wypuszczają dzieci jak żywe strzały:
Łucznik widzi na drodze cel do nieskończoności
i On was napina swą mocą, aby Jego strzały
mogły dolecieć szybko i daleko.

Oby wasze napięcie ręką Łucznika było ku radości,
bo kocha On tak samo strzałę lecącą,
jak i łuk, który już miejsca nie zmienia.”

To wszystko taka prawa, kochani, nie sądzicie?  Życie nie cofa się i nie zatrzymuje na dniu wczorajszym. Napiera do przodu, to dobrze. Tyle jeszcze piękna przed nami. Dziękujemy za wszystko. Nawet za nasze opustoszałe gniazda. To jest po prostu koło życia.

Z miłością,

Ania

Nigdy nie zapomnę naszej wyprawy życia po Stanach Zjednoczonych <3 Przeglądam zdjęcia i się wzruszam.

W Universal Studios

San Francisco i słynny Golden Gate <3

Złożyliśmy na tym moście swoje ręce. To moje ukochane zdjęcie <3

 

 

Mogą Cię również zainteresować

Zostaw komentarz