W moim świecie

Sanprobi Bieg Kobiet 11 marca 2018 r.

Mam sentyment do Biegu Kobiet, obywającego się w Szczecinie. Pięć lat temu debiutowałam właśnie w tym biegu. Pamiętam, jak się przygotowywałam do tego wydarzenia, trenowałam i stresowałam się, czy na pewno dobiegnę do mety. Każdy początkujący biegacz, przed pierwszym zorganizowanym biegiem, ma właśnie takie myśli. Później skoncentrowałam się na bieganiu jeszcze bardziej. Pragnęłam robić życiówki i miałam ochotę, aby być w tym coraz lepszą. Zatraciłam się w bieganiu do tego stopnia, że zaczęłam ignorować niepokojące sygnały, które wysyłał mi mój organizm. W pewnym momencie po prostu przesadziłam. 

Dziś wiem, że to nie było mądre z mojej strony. Zamiast współpracować z moim ciałem, niszczyłam je poprzez ogromne ilości treningu. Miałam obsesję na punkcie ciała. Wydawało mi się, że jak opuszczę trening, to zaraz przytyję. Kompleksy gnieździły się w mojej głowie nie dając zdrowemu rozsądkowi szans na to, aby przemówił mi do rozumu. Wiecznie chciałam się z kimś ścigać, chciałam być lepsza od siebie,  i innych. 

Dlaczego o tym piszę? 

Dlatego, że tegoroczny Bieg Kobiet uświadomił mi, jaką ogromną drogę przeszłam w swojej głowie. Uświadomiłam sobie, że praca nad ciałem na nic się zda, jeśli nie będę pracowała nad swoim umysłem. Wciąż jestem na drodze do samoakceptacji. Kiedy zaczęłam siebie bardziej akceptować, doznałam ulgi. Zrozumiałam, że ja wcale nie muszę sobie tego wszystkiego robić. To, co czyniłam nie dawało mi szczęścia. Chwilowe brawa obcych ludzi,  przynosiły radość na kilka godzin a po nich następowało uczucie pustki i rodziło się pytanie “Co teraz?”. Wymyślałam wciąż nowe wyzwania dla ciała i wydawało mi się, że jestem taka fajna i inspiruję. Może inspirowałam, ale jakim kosztem? Zapłaciłam za to rozregulowaniem emocjonalnym, chwiejnymi nastrojami i lękiem. 

Pewnego dnia powiedziałam dość! Zamknęłam oczy w modlitwie, ciche łzy spłynęły po moich policzkach i wreszcie dałam sobie szansę, aby usłyszeć szept siebie samej, szept swojej własnej duszy. Poddałam się sobie, zaczęłam siebie słuchać. 

Zaakceptowanie okoliczności życiowych których doświadczyłam, stało się początkiem mojej wielkiej transformacji. Okazało się, że umiem otworzyć się na dobro, które świat ma mi do zaoferowania. Zmieniłam swoje myślenie i wreszcie dostrzegłam, że problem wcale nie leżał w moim ciele, lecz w mojej zlęknionej duszy. Gdzieś w głębi serca cały czas byłam małą dziewczynką pragnącą akceptacji. Zaczęłam medytować. Cofnęłam się do czasów, kiedy byłam małą grubą dziewczynką z której wszyscy się śmiali. Pod zamkniętymi w medytacji powiekami poczułam wilgoć. Przytuliłam siebie z tamtych lat. Powiedziałam sobie, “Okej, byłaś gruba, wszyscy się z ciebie śmiali, ale już dawno nie jesteś tą osobą, zobacz co z ciebie wyrosło. Bądź z siebie dumna”. 

Utworzyłam na własne potrzeby afirmację, którą powtarzałam : “Kocham, szanuję i akceptuję moje ciało takim, jakie jest. Doceniam to, że jest zdrowe. Zniosło trud choroby, operację. Jestem wdzięczna każdej komórce, że potrafiła się w tak cudowny sposób odrodzić”. 

Aby afirmacja odnosiła swój skutek, musimy ją zapisać w czasie teraźniejszym. Polecam Wam tę metodę. Naprawdę działa. Chociaż na początku było mi trudno powiedzieć “Lubię swoje ciało” kiedy wcale go nie lubiłam.
Po jakimś czasie, szło mi już coraz lepiej. Dziś mogę powiedzieć, że naprawdę lubię i akceptuję to, kim jestem. Mimo, że nie mam już kaloryfera na brzuchu 😉 Ale mam coś innego, lepszego – spokój ducha. 

Teraz ćwiczę z przyjemnością. Z nikim się nie ścigam. Biegam, bo lubię. Nie patrzę co chwila na zegarek aby sprawdzić tempo, ani też nie porównuję się do nikogo. Uwielbiam ćwiczyć z Ewą Chodakowską. Jej treningi są krótkie i nie wymagają ode mnie mega organizacji całego życia. To tylko 45 minut dziennie. Kocham Jogę z Agnieszką Maciąg. Czuję swoje ciało, jestem w nim obecna, dostrzegam sygnały, które mi wysyła. Jestem z nim w jedności. Reaguję! 

Ja, to ja! Jedyna, niepowtarzalna i wyjątkowa. Nie ma takiej drugiej. Dziś umiem już tak o sobie powiedzieć. Kiedyś udawałam, że umiem. 

Tegoroczny Bieg Sanprobi był cudowny. Biegłam i cieszyłam się każdym krokiem. Było straszne błoto, które denerwowało uczestniczki biegu a mnie całkowicie radowało. Miałam utaplane całe buty i spodnie, ale radocha, jakiej dzięki temu doświadczyłam, była bezcenna. Mój mąż robił zdjęcia. Zbliżając się do finiszu, celowo tuż przed metą się zatrzymałam, aby poczekać na przyjaciółkę. Kiedyś w życiu bym się na coś takiego nie zdobyła. Cisnęłabym, aby siebie sprawdzić. Dziś wiem, że wcale nie muszę siebie sprawdzać. Wiem kim jestem i wiem, co sobą prezentuję. Ta wiedza mi wystarczy. Nie potrzebuję już braw wszystkich dookoła, aby poczuć się lepiej. 

Nie skupiałam się na rywalizacji i tym samym nie zatruwam swojego spokoju. 

Zatrzymaj się czasem, usiądź, pomedytuj, pobądź, pożyj. Po prostu bądź <3

Jedno jest pewne! 

AKCEPTACJA NIESIE ZE SOBĄ ULGĘ I WYZWOLENIE <3 

To widać na tych zdjęciach, prawda? 

Ściskam ciepło i wysyłam miłość. 

Ania

 

2798total visits,3visits today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aby dodać komentarz rozwiąż zadanie * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

CommentLuv badge